Ciężkiej pracy początki…

Więc jak to się zaczęło? Po prostu Marcin zadzwonił do mnie i zapytał się czy może mnie odwiedzić. Zapytał się czy nie chciałbym zrobić z nim komiksu i przedstawił mi swój pomysł o charlejowcu. Jakoś mi to nie podeszło. Za dużo powtarzających się schematów i oczywista fabuła która od razu skojarzyła mi się z pewnym filmem. Chwila zastanowienia. Proste pytanie i zaczął mi świtać w głowie zarys głównej postaci. Później widok brzegu ze wzburzonym morzem i dwiema planetami na niebie. Kilka szybkich szkiców i zaczęło się objaśnianie zarysu fabularnego. Główne postacie i rusztowanie postawione. Odesłałem go do domu by zrobił dokładniejsze szkice koncepcyjne i w miarę możliwości kilka stron. Dałem mu rady czego się wystrzegać w kadrowaniu i czekałem. Po tygodniu miał już nakreślony rys na trzy rozdziały. Dodałem co nieco od siebie sugerując pewne zmiany i dodając pomysły na niektóre ujęcia i sytuacje. W połowie pracy nad pierwszym rozdziałem udało mi się nakłonić go na prolog. Miał być prostym oderwanym od akcji wstępem opisującym między wierszami świat głównego bohatera. Ponownie kilka kadrów od siebie by wytłumaczyć mu o co mi chodzi i puściłem go do domu. Tu muszę zaznaczyć, że niesamowitym jest fakt jak porozumiewamy się na płaszczyźnie obrazu. Owszem trzeba się nagadać by wytłumaczyć sobie nawzajem jak ma potoczyć się fabuła ale gdy dochodzi do pokazania rysunków nagle okazuje się, że choć każdy inaczej by to narysował to myśl przewodnia jest w tym zawarta.

Szkic fabularny mamy nakreślony daleko w przód. Nie śpieszymy się, a świat przedstawiony daje nam niesamowite pole do popisu. Szkoda byłoby je zmarnować. Marcin szkoli się w rysowaniu i kadrowaniu. Ja natomiast wyciągając wnioski z błędów popełnionych wcześniej daję popis fantazji i swoim umiejętnościom mieszania gatunku Si-Fi i fantasy.

„Teolteco” nie poszło na bocznicę. Jak wiecie zainwestowałem w tablet graficzny który przyśpieszył moją pracę nad komiksem. W czasie gdy Marcin szkicował kolejne strony „Drugiej planety od Da’az” ja nadganiałem po godzinach ze swoim projektem. Spotykaliśmy się w piątki i obrabialiśmy to co Marcin zdołał naszkicować i zainkować.

Moja część pracy nad rysunkiem jest jak ostatnia szczypta przypraw dodana tuż przed podaniem. Dodaję co nieco od siebie poprawiając niedociągnięcia skanera, nastawiając powybijane kończyny ( 😛 ) i nakładam cienie. Tam gdzie trzeba poprawiam kontury i demonstruję Marcinowi jak wyglądała by jego praca gdyby poprawił to i owo.

Wszystko było tak wyliczone, że szósty rozdział „Teolteco” był skończony dzień przed „Drugą planetą od Da’az”. Na koniec wystarczyło dodać teksty i onomatopeje przy których zmęczenie po całym tygodniu pracy oraz późnej porze „dnia” owocowało głupawką. Bywały takie kadry, że nie mogliśmy skończyć się śmiać dopóki nie zrobiłem z niej parodii. Może kiedyś je opublikujemy…. 😉

Projekt okładki do prologu który zrobił Marcin był fajny i z rozmachem ale mnie zależało na prostocie i tajemnicy. Dlatego choć miałem tylko obrobić jego pomysł postanowiłem zrobić najpierw swoją. Pomysł chwycił. Spodobał się mu i uznaliśmy, że tak zostanie.

W „Teolteco” idę w dziwną kreskę. Na początku nawet bym nie pomyślał o kolorowaniu. To za sprawą jednego z komentarzy. Pomyślałem „czemu nie”? No i jakoś tak wyszło 😛 Mój ojciec był malarzem amatorem. Malował naprawdę pięknie. Czemu o tym mówię? Bo stanowił zawsze dla mnie wzór w tym co robił i niebywale się zdziwiłem gdy nagle w jednym ze swoich kadrów dostrzegłem jego kreskę! Taką wczesną gdy rysował na byle czym będąc jeszcze w wojsku. To naprawdę niesamowite uczucie…

No dobrze ale był jeszcze konkurs organizowany przez portal webkomiksy.pl. Wygrałem go i moja historyjka trafiła do niszowej gazety „Głos Mordoru”. Co rusz to miałem coś poprawiać. A to DPI nie takie, a to nie ta historyjka, a inna, to znowusz tekst osobno- ciągle coś, a na dodatek dwa dni od kupna Wacoma musiałem wysłać go na reklamację bo padło podświetlanie w lewym dolnym rogu ekranu. Tutaj muszę pochwalić i serdecznie podziękować Panom z serwisu bo już po tygodniu tablet był z powrotem u mnie. Pierwszy raz spotkałem się z firmą gdzie mogę porozmawiać z osobą z serwisu która miała mi naprawiać sprzęt… o0

Niestety mimo moich starań drukarnia zawaliła i historyjka stała się niemal nieczytelna. Gazeta mimo wszystko zaoferowała dalszą współpracą ale i ta jak na razie nie wypaliła. Być może jestem jeszcze za słaby by być w gazecie a może to wynika z ich podejścia? Na razie zostawiam ten problem z boku. Ostatni miesiąc dał mi popalić. Rysowałem „Teolteco”, edytowałem „Drugą planetę…”, robiłem poprawki dla Mordoru, zmieniłem layout strony, no i podjąłem pracę w której co rusz, to miałem inne stanowiska i obowiązki. A to i tak czubek góry lodowej, więc być może to wszystko przyczyniło się do tego, że nie byłem w stanie dorównać oczekiwaniom stawianym mi przez Mordor. Sprawa nie jest zakończona i wciąż jesteśmy w kontakcie.